Uczestnicy: Bolo, Piotrek, Jarek, Tajemnik, Misiu, Tadek
Wycieczka nosiła kryptonim "Urodziny". Chodziło o to, aby bardziej zmotywować niektórych przyjaciół,
odczuwających pewną nudę w górach, zwłaszcza w pozycji siedzącej. Tak, czy owak, o 7 rano w piątkę
siedzieliśmy już w pociągu . Misiu, ceniący sobie wygodę, postawił na swój jimny.
O 11 z hakiem wysiadamy w Rytrze.
Naprzeciw stacji jest restauracyjka, w której postanawiamy czekać na Misia, który jest już w Nowym Targu, czy też w
Nowym Sączu.
Czekamy więc, a Piotrek dla sportu, a także dla zasady nawiązuje bliższy kontakt (werbalny!)
z barmanką, umilając nam czas niewinnymi żartami i bezpretensjonalnym przekomarzaniem. Nastrój burzy Bolo waląc
plecakiem o beton, spod którego (plecaka, nie Bola) wypłynęło pół litra płynu o pięknej barwie i jeszcze ładniejszym zapachu.
Przyjeżdża Misiu z dwoma rowerami elektrycznymi.(Tajemnik wypożyczył rower aby być przed północą na Cyrli, Misiu -
bo coś trzeba robić w tych górach).
Tajemnik odpina rower i niezwłocznie rusza, gdyż nie wie na co go stać, Misiu samochodem,
reszta czerwonym szlakiem przez Kretówki. Droga jezdna prowadzi do osiedla Makowica najpierw wąskim asfaltem, potem
ażurowymi betonowymi płyty.
Rower ma potworne przełożenie, chyba 1:3, albo większe. Jedzie się bez wysiłku, mimo, że nachylenie miejscami dochodzi
do 30%. Po 1,5km wypłaszczenie terenu, przy drodze wiata. Po 4km osiedle Makowica,
a po 5km
schronisko Cyrla.
Siedzimy z Misiem przy piwie w lekko zatłoczonej jadalni, na polu, wokół wiaty z ogniskiem, kłębi się dziki tłum małolatów.
Tymczasem
piechurzy zasuwają pięknym, momentami jednak śliskim szlakiem na Kretówki.
Po 15-tej większość ekipy była na miejscu, a ponieważ młodzież z wiaty rozproszyła się już po okolicy,
postanowiliśmy zająć ich miejsce przy palącym się jeszcze ognisku.
Smażymy różne
mięsa i kiełbasy, ale, jak to bywa od pewnego czasu, z ich zjedzeniem jest problem.
Oprócz Tajemnika, który daje z siebie wszystko, reszta preferuje pokarmy w postaci płynnej. Z urządzeń Misia leci muzyka,
wspomagana gardłami biesiadników. Zabawa, jak zwykle przednia. Tajemnik dostaje nóż od Piusia, który zaraz wypróbowuje
na miejscowym kundlu, a Tadek flaszkę miodu, której jednak nie wypróbowuje. Reszta nic nie dostaje.
Po paru godzinach kończy się muzyka i drewno do ogniska, przenosimy się więc do jadalni w schronisku.
Jest pusta, tylko przy jednym stole trwa zebranie kobiecej obsługi schroniska, jak same mówią - sabat czarownic.
Tajemnikowi przychodzi do głowy, że dawniej czarownice, przynajmniej w książeczkach które oglądał,
nie były takie pękate. Natomiast bystre oko Piusia dostrzegło między nimi jedną czarodziejkę.
Wkrótce zmieniamy lokal po raz trzeci, na sypialnię "piekarnik", a Piotrek mając do wyboru łóżko z Jarkiem,
lub kanapę przed drzwiami wybiera to drugie.
Rankiem, przy śniadaniu w zatłoczonej jadalni obserwujemy życie schroniska. Wniosek jest taki, że turyści zajmują
się głównie jedzeniem, a "Chata na Cyrli" powinna nosić nazwę "Jadłodajnia na Cyrli"
Z dusznej jadalni
przenosimy się na pole, aby porozmawiać o powrocie.
Siedzimy se,... rozmawiamy,... nic się nie dzieje,... tylko u Tadka daje się wyczuć nastrój jesiennej, górskiej nudy.
Tajemnik miał co najmniej trzy ciekawe warianty drogi powrotnej, ale obraz ześlizgiwania się rowerem z błotnistej ścieżki
w przepaść, przekonał go do ich odrzucenia. Wariant drogą jezdną przez os. Makowica przypadł do gustu wszystkim.
Tak więc zbieramy się do wyjścia, ale poprzedzone ono zostało dziwnymi wydarzeniami.
Najpierw Piusiu stwierdził, że buty, jedyne które zostały,
są na niego dwa numery za małe. Padło na Bola, który zdążył się oddalić o kilkaset metrów. Piotrek dogania go na rowerze i
zdziera mu z nóg swoją własność. Bolo tłumaczył się wyznawaną zasadą - jeśli sznurówki pasują, to i buty muszą pasowć.
Potem Tajemnik pakuje do sakwy jednę z dwóch ciemnych kurtek z wieszaka, obojętny na to, że w kieszeni jest mały scyzoryk,
a nie nóż, który wieczorem tam włożył. Tadek zakłada pozostałą, nie przejmując się, że ma rozmiar XXL.
Tylko Jarek był poza tym bałaganem (Misiu również wywołał małą sensację przy śniadaniu).
Wydaje się, że do tekturki z nazwiskiem i adresem którą (w/g Lucynki) powinniśmy nosić na szyi,
należałoby dopisać listę odzieży, którą powinniśmy mieć na sobie.
Na Makowicy oglądamy widoczki, niestety, tylko na zachód.
Za godzinę jesteśmy w Rytrze. Misiu odjeżdża, pozostała piątka
zbiera się na peronie. c.d.n.
Jeszcze tylko zacytuję odpowiedź kucharki pani Basi Juszczyk (która ma też pół etatu w wydawnictwie Wektory)
na pytanie o jej przepis na zupę dyniową:
... szkoła mitologiczna w myśleniu Polaków o sobie i własnej historii
zastąpiła myślenie realistyczne. Włączenie się Polski w awanturę na Ukrainie (mówiła zerkając na Tadka)
,
pokazuje że brak trzeźwego osądu sytuacji geopolitycznej i niezrozumienie istoty działania współczesnego świata
wciąż pozostaje piętą achillesową Polaków.
I to by było na tyle.
Powrót